Na czele kroczyła śmierć
Dźwigając głaz cierpienia
Złożyła go na moich rękach
Piach łez oślepił mnie
Za nią szła tęsknota
Szepcząc w kółko "do widzenia"
("do widzenia, do widzenia...)
Jej oczy krzyknęły,
że nie cierpię daremnie
Samotność nastawiona bojowo
Śpieszyła z kijem
Złapała mnie za fraki
I wciągnęła w korowód
Strach idąc za nami
Mocno chwycił mnie za szyję
I popędzał napastliwie
A cuchnął jak szambowóz
Rozczarowanie dalej
W bezpiecznej odległości
Śmiało się ze mnie
Tak głośno, że dudniło w mojej duszy
Świadomość sunęła milcząca
Pełna dobra i miłości
Mój głaz uczyniła lekcją
Po czym powolutku się rozkruszył
Moje oczy wyzdrowiały
I stanęłam wreszcie z boku
Opuściłam sępi kondukt
Który jakby nie miał końca
Strach z rozpaczą się przeganiał
Wreszcie minął w piątym roku
Mogę ruszyć teraz dalej
Wprost do nieba, wprost do słońca.
M. Z., luty 2021
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz