Listopad przyszedł dystyngowany
Jak zawsze powolnym krokiem
W lakierowanych butach
Samotny, niekochany
Zerkał spod cylindra smutnym okiem
We fraku połyskującym złotem
Staromodny a jednak
z nutą nowoczesności
Podpieral się czarną laską
Siwą miał przystrzyżoną brodę
Wystające policzkowe kości
Wysoki na dwa metry przynajmniej
Spodnie na kant
Czarne z nitką zgniłej zieleni
Okrągły binokl
Rękawiczki w kolorze bordo czerwieni
Brytyjczyk nie z tej epoki - pomyślałam
Dygnęłam instynktownie
Wskazawszy mu miejsce tuż obok
Usiadł i milczał, milczał wymownie
Przelewając mi w serce ciszę
Jak złoto
Gdy łzy wezbrały w moich oczach
Poprosił o herbatę z cytryną
Filiżanka moich dziadków
Znalazła swój czas
Smutek z imbryka -
Pachnący jesienią las.
Przyniósł blaszane pudełko pierników
Smakowały wspomnieniami
Łzy dziecięce były tak samo słone
Rozpłynęły się w ustach
W czekoladzie z wiśniami
Ustały jak listopadowy moment.
Stylowy zegarek z dewizką
Powiedział wszystko pochyłym grawerem
Nie rozmawialiśmy o miłości
Listopadowe intencje są dobre i szczere
Skłoniwszy się nisko, pożegnał
Rozpłynął w nicości.
M. Z., listopad 2020.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz