niedziela, 8 listopada 2020

Listopad

Listopad przyszedł dystyngowany

Jak zawsze powolnym krokiem

W lakierowanych butach

Samotny, niekochany

Zerkał spod cylindra smutnym okiem


We fraku połyskującym złotem

Staromodny a jednak

z nutą nowoczesności

Podpieral się czarną laską

Siwą miał przystrzyżoną brodę

Wystające policzkowe kości


Wysoki na dwa metry przynajmniej

Spodnie na kant

Czarne z nitką zgniłej zieleni

Okrągły binokl

Rękawiczki w kolorze bordo czerwieni


Brytyjczyk nie z tej epoki - pomyślałam

Dygnęłam instynktownie

Wskazawszy mu miejsce tuż obok

Usiadł i milczał, milczał wymownie

Przelewając mi w serce ciszę

Jak złoto


Gdy łzy wezbrały w moich oczach

Poprosił o herbatę z cytryną

Filiżanka moich dziadków

Znalazła swój czas

Smutek z imbryka - 

Pachnący jesienią las. 


Przyniósł blaszane pudełko pierników 

Smakowały wspomnieniami 

Łzy dziecięce były tak samo słone 

Rozpłynęły się w ustach 

W czekoladzie z wiśniami

Ustały jak listopadowy moment. 


Stylowy zegarek z dewizką 

Powiedział wszystko pochyłym grawerem

Nie rozmawialiśmy o miłości

Listopadowe intencje są dobre i szczere

Skłoniwszy się nisko, pożegnał

Rozpłynął w nicości.


M. Z., listopad 2020.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Jestem ćmą. Żyję w ciemnościach. Światła wiecznie pragnąc odbijam się od ścian. - by me, 2015